środa, 23 maja 2018

„Zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą. Człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę i opiekę”.

Gościnnie, o ważnych sprawach, pisze Ewa:

Na temat praw zwierząt powstało wiele artykułów i wydawać by się mogło, że powiedziane zostało wszystko. Pomimo sporów o przyczyny cierpienia zwierząt, jak złe ustawy, brak egzekwowania prawa, za niskie kary itp. temat został wyczerpany. Od wielu lat obserwuję walkę aktywistów o zaostrzenie prawa, o jego egzekwowanie, o zakaz „produkcji” zwierząt, o zakaz transportu żywych zwierząt itp. Sama jeszcze w szkole podstawowej pisałam artykuły na te tematy, zbierałam podpisy pod zakazem transportu koni do rzeźni. Pomimo upływu czasu i rozwoju ludzkości w temacie tym nie zauważyłam poprawy, a wręcz przeciwnie – widzę coraz bardziej negatywne tendencje. Pomimo zmian w prawach zwierząt i zdecydowanie lepszej działalności sądów w temacie, wciąż codziennie czytam historie o zmaltretowanych zwierzętach, zagłodzonych, skatowanych, wyrzuconych z domu. I codziennie zastanawiam się, co poszło nie tak. Gdzie, jako ludzkość popełniliśmy błąd, co się z nami stało? Dokąd zmierzamy? I przede wszystkim, co ja mogę z tym zrobić? Na drugim końcu bieguna obserwuję ludzi, cudownych ludzi, którzy z poświęceniem ratują życia zwierząt, prowadzą fundacje, domy tymczasowe. Skąd w nich siła by walczyć z codziennym cierpieniem zwierząt? Skąd zapał, gdy bezdomnych zwierząt nie ubywa? 

I myślę sobie, że ta cała walka o prawa zwierząt nic nie da jeśli nie zawalczymy o ludzkie dusze. Bo gdzie zaczyna się cierpienie każdego zwierzęcia? W sercu człowieka, które nie jest empatyczne, które nie współodczuwa. Możemy zmieniać ustawy, egzekwować prawo i karać, ale póki nie zmieni się mentalność ludzi, nie zmieni się status zwierząt. Nadzieja, że wysokie kary finansowe lub więzienie spowoduje, że ludzie przestaną znęcać się nad zwierzętami to zaklinanie rzeczywistości. Strach przed karą nie wyeliminuje okrucieństwa, a zmusi potencjalnego sprawcę do lepszego ukrywania się. Uregulowania prawne są oczywiście konieczne, ale musimy położyć większy nacisk na edukację, zwłaszcza nowych pokoleń. Od małego należy uczyć dzieci miłości do zwierząt, uwrażliwiać na ich cierpienie, uczyć odpowiedzialności za innych. Ale za słowami muszą iść czyny. Nie można tłumaczyć dziecku czym jest obowiązek wobec zwierząt, samemu wyrzucając starego kota z domu. Nie zaszkodzi zachęcić dziecka do wolontariatu na rzecz zwierząt. Wszystko oczywiście musi być odpowiednie do wieku. W procesie tym widzę także rolę dla nauczycieli. Można w ramach lekcji wychowawczych zorganizować wycieczkę do schroniska, zbiórki karmy itp. Nie zaszkodziłoby także w ramach lekcji religii zaszczepić w dzieciach doktryny św. Franciszka z Asyżu, który był miłośnikiem przyrody i świata stworzonego. Uczmy przyszłe pokolenia, że warto BYĆ, a nie MIEĆ, że warto pomagać, że zamiast kolejnej godziny spędzonej przy PS warto wyjść z domu nakarmić bezdomne koty. 
 
Z przykrością stwierdzam, że w sprawie zwierząt hodowlanych weganie i wegetarianie robią więcej złego niż dobrego. Na każdym kroku obrażają ludzi jedzących mięso wypominając cierpienie zwierząt. Są jak studenci prawa, którzy nie pytani anonsują, że studiują prawo. Nie oczekujmy od ludzi zaprzestania spożywania mięsa. Bądźmy realistami, zacznijmy proces powoli i przejdźmy go krok po kroku. Walczmy o zaprzestanie „produkcji” zwierząt i powrót do hodowli wolnych od klatek i zamkniętych pomieszczeń. Edukujmy ludzi kładąc w pierwszej kolejności nacisk na to, że mięso pochodzące od zwierząt, które nigdy nie widziały słońca, nie jadły naturalnej paszy jest bezwartościowe, a ponadto trujące dla organizmu. Takie mięso pozbawione jest właściwości odżywczych, a ponadto z powodu hormonów stresu jest niezdrowe. Tłumaczmy ludziom, że zwierzęta cierpią w hodowlach, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Tłumaczmy, że mały cielak jest odseparowany od matki, aby można było pobrać mleko. Nie epatujmy emocjami i cierpieniem, a przygotujmy argumenty do rozmowy. Wychowujmy młode pokolenia w miłości do zwierząt. Tłumaczmy, że nie można kochać psa i kota, a jednocześnie jeść świnki czy krowy. Ale róbmy to rozważnie. Pamiętajmy też, że racjonalne, zrównoważone żywienie jest niezwykle istotne dla funkcjonowania naszego organizmu. Wydaje mi się, że łatwiej przekonać ludzi do walki o powrót do zdrowej hodowli niż do zaprzestania jedzenia mięsa. I co z tego! powiedzą weganie, skoro efekt jest ten sam, na końcu zabijane jest zwierzę. Ciężko mi pisać, czy istnieje śmierć humanitarna, ale wydaje mi się jednak, że sposób hodowli ma znaczenie dla zwierzęcia i także to, jak zostanie zabite, nawet jeśli zabite zostanie. Patrzmy na problem racjonalnie, a nie emocjonalnie. Zastanówmy się, co możemy naprawdę zrobić. W walce tej niestety obserwuję chęć pokazania, że jest się lepszym od innych, a to nie zmienia nic w życiu zwierząt hodowlanych. Nie traćmy celu z oczu! Najważniejsza jest poprawa życia zwierząt hodowlanych, a być może w przyszłości zniechęcenie ludzi do ich zabijania i spożywania. Będzie to proces długotrwały dlatego nie mówmy, albo wszystko, albo nic. Albo zakaz „produkcji” mięsa, albo nie mamy o czym gadać. Takie podejście nie pomoże zmienić sytuacji zwierząt. Naprawdę nie łudźmy się, że możemy prawnie zakazać spożywania mięsa. Jest to mrzonka służąca tylko rozpętaniu wojny pomiędzy stronami i nie wnosi nic do sprawy. 

Odrębną sprawą jest hodowla zwierząt futerkowych. Tu znajduje się miejsce na walkę, petycje i podpisy. Nie zapomnijmy także o nie kupowaniu futer czy też  garderoby z elementami futer. Nie tłumaczmy sobie, że to tylko z królika, a króliki przecież jemy. Jest dla mnie także nie zrozumiała moda na sztuczne rzęsy. Po pierwsze dlatego, że nie są one takie sztuczne bo pozyskiwane są z włosów żywych zwierząt, a po drugie drogie Panie, nie wygląda to ładnie. Czy naprawdę warto z czystej kobiecej próżności dokładać cegiełkę do dręczenia zwierząt?! Zastanówcie się proszę.

I ostatnim elementem tego artykułu niech będzie kwestia kupowania zwierząt. Niech przesłaniem tego akapitu będą słowa Doroty Sumińskiej „Dopóki w schronisku znajduje się choć jeden pies albo kot, nie mamy prawa kupować zwierząt ani ich rozmnażać."  Nie rozumiem skąd w ludziach potrzeba posiadania „rasowego” zwierzęcia. Czy wynika to z własnych kompleksów? Pomyślcie proszę czy chcielibyście być inkubatorami pieniędzy? Nie ważne czy mówimy tu o hodowli certyfikowanej czy o przynoszących okropne cierpienie zwierzętom pseudohodowle. Zasada jest prosta NIE KUPUJEMY – ADOPTUJEMY! W schroniskach, fundacjach, domach tymczasowych jest tyle zwierzaków potrzebujących miłości, opieki. Z przerażeniem odkryłam, że nawet wśród zwierzolubów są osoby, które kupiły swojego zwierzaka i jawnie przyznają, że była to pseudohodowla. Nie, nie chcę na łamach tego artykułu piętnować, wytykać i wyzywać ludzi. Chcę, aby choć jedna osoba zastanowiła się nad tymi słowami. Pamiętajcie, że prawa ekonomii są nieubłagalne, dopóki będzie popyt, będzie tez podaż.

Wielu ludzi chce zmieniać świat, ale bardzo mała część chce zacząć od siebie. Podnieś leżącą na trawniku butelkę i wrzuć do kosza. Co z tego, że nie ty naśmieciłeś?! Nie wmawiaj sobie, że tym małym płaczącym kotem napotkanym na drodze na pewno ktoś się zajmie. Jak wielu ludzi mijając go pomyślało to samo? Nie szukaj wymówek, nie mam czasu, pieniędzy, są inni. Zrezygnuj z piwa, paczki papierosów czy tabliczki czekolady. Przekaż małą sumę na pomoc zwierzętom, ale rób to regularnie. Zachęcaj przyjaciół do tego samego. Zaproponuj najbliższym ograniczenie mięsa w jadłospisie. Wytłumacz dlaczego warto to zrobić. A wy, którzy uważacie, że jesteście na wyższym poziomie emocjonalnym nie pouczajcie ludzi, którzy nie rozumieją, nie obrażajcie ich, nie nazywajcie ich mordercami, bo jedzą mięso. Skoro jesteście tak rozwinięci musicie wiedzieć, że macie obowiązki wobec społeczeństwa. Waszym zadaniem jest edukować, uświadamiać, tłumaczyć, a nie obnosić się z waszymi poglądami z wyższością. 

Jeśli myślicie, że edukacja to bezsensowne działanie to bardzo się mylicie. Dużo lepszy efekt osiągniecie cierpliwością i tłumaczeniem niż awanturami czy nakazami. Sama mam w domu taki przykład. Mój mąż, który wywodzi się z nacji mięsożerców, ograniczył spożywanie mięsa. I nie, nie dlatego, że krzyczałam czy groziłam rozwodem. Wytłumaczyłam mu swój punkt widzenia, pokazałam artykuły, filmy o hodowli zwierząt i sam zdecydował. Uważam to za wielki sukces, bo on sam do tej pory myślał, że nigdy nie zrezygnuje z jedzenia mięsa. 

Ja sama zostałam ukształtowana przez edukację. W szkole podstawowej uczęszczałam do klasy ekologicznej. Moi nauczyciele poświęcali nam mnóstwo czasu ucząc nas miłości do natury, tłumacząc, zachęcając do angażowania się w różne akcje na rzecz zwierząt. Uczyli nas, że należy szerzyć zdobytą wiedzę i przekazywać swoje poglądy w formie artykułów, gazetek ściennych itp. Jako klasa ekologiczna odpowiedzialni byliśmy za organizację Dnia Ziemi. Przygotowywaliśmy przedstawienia o tematyce ochrony przyrody, konkursy z nagrodami i zachęcaliśmy innych by się do nas przyłączyli. Obowiązkowo wybieraliśmy rejon Wrocławia i całą klasą sprzątaliśmy go zbierając śmieci rozrzucone przez innych. Dziś mam prawie 40 lat, a to co zostało mi zaszczepione procentuje. Warto zaznaczyć, że duża większość osób z mojej klasy, po szkole średniej wybrało studia związane z przyrodą. 

Nie mówcie NIGDY, że jednostka nic nie może, że nic od Was nie zależy. Wszystko zależy od nas, od naszego nastawienia, od naszych czynów. Każdy z nas ma siłę sprawczą, każdy z nas może wpływać na inne osoby i tak z jednostki powstaną rzesze. Nie zrażajcie się brakiem natychmiastowych efektów bo to kropa drąży skałę.

Wiórki popierają każde słowo. :)
Autorką tekstu z okazji Dnia Praw Zwierząt jest Ewa Thomas, opiekunka trzech czarnych kotów, w tym słynnej kotki Marty adoptowanej Zza Moich Drzwi.


poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Luna do ciotki Gosianki

Tym razem post pisze gościnnie jedna z moich byłych podopiecznych: LUNA. To to niedzisiejsze maleństwo wyrzucone w zaklejonym pudle na pobocze drogi zostało uratowane przez dziewczynkę, której zachciało się siusiu (klik)! Tatuś stanął na poboczu, a tam pudło... W pudle cztery szczeniaczki! Do mnie trafiły dwie z nich: Luna i Brzusia.
Luna jest wymarzonym i wyśnionym przez Madzię (którą rodzina nazywa Perełką) pieskiem. Madzia-Perełka jest po prostu niesamowita. To, jak zajmuje się Luną, jak ją kocha, jak jest z nią szczęśliwa, wyciska mi łzy radości z oczu, bo i ja byłam taką dziewczynką, która boleśnie chciała mieć swojego psa, ale mnie udało się to dopiero w liceum. Madzi mama posłuchała mojej opowieści i zrobiła córeczce niespodziankę, z całą pewnością zmieniającą całe jej życie!
A teraz? Czytajcie i radujcie się ze mną wszyscy, którzy kochacie historie adoptowanych zwierzaków!
List Luny publikuję bez żadnych zmian. Zdolna bestia!
Luna do ciotki Gosianki:


Mój ANIELE, postanowiłam napisać, co się u mnie wydarzyło przez ostatni rok. Jestem tak zabiegana, że nie mam za wiele wolnego czasu. A więc jestem już poważną "dziewczyną" po cieczce i sterylizacji (do której Madzia dołożyła się - oddała stypendium otrzymane na koniec roku). Przeżywała ze mną te ciężkie chwile i była przy mnie cały czas. 
Jestem niesamowitym psem! - tak o mnie mówią. Nabyłam pewne umiejętności, np. świetnie skaczę z dziećmi na trampolinie, jak i umiem perfekcyjnie zjeżdżać na zjeżdżalni. Nie myśl sobie, że zawsze byłam grzeczna. Często robiłam podkopy pod ogrodzeniem, jak i opanowałam perfekcyjnie rozplątywanie siatki ogrodzeniowej. Byłam szczęśliwa, jak sobie uciekłam do sąsiada. Niestety opiekunowie zabezpieczyli ogrodzenie i nie uciekam już. Zresztą gdzie byłoby mi lepiej? 
Potrafiłam zjeść ugotowane jajko, które pani przygotowała sobie na śniadanie. Po zjedzeniu uciekłam i się nie przyznałam. Pomyślałam, że wina spadnie na dzieci. Słyszę niekiedy, że też na mnie zrzucają winę, np. gdy zniknął wafel Madzi z opakowaniem - Bartek powiedział zjadła go Luna. Ale jak?

Uwielbiam spędzać czas na trawce. Leżę jak królowa na trawniczku, obgryzam kość,




lub obgryzam patyki przyniesione ze spaceru znad Odry. 




Jestem żywą ozdobą podwórka.



Spaceruję wzdłuż Odry z Bartkiem.




Tak, z tym chłopczykiem, który strasznie płakał na początku, że się mnie boi. 
Teraz wyznaje mi miłość i gdy woła, przybiegam na komendę.




Codziennie rano biegam z moją starszą panią ok. 4 km. 
Dla sprostowania powiem: ja biegnę, a pani jedzie na rowerze ;-). 
Podczas spacerów spotykam paru kumpli Reksia: 
Barego, Kubę - który czeka zawsze na mnie przy Jazie Janowice, i Rudą. 






Uwielbiam jeździć samochodem w lecie, jak i w zimie. 
Niestety mam też chorobę lokomocyjną.


Luna z Bartkiem, który się jej na początku bał!


Luna ze swoją Madzią-Perełką.
Jesienią chorowałam. Miałam kaszel kenelowy. Wzywali lekarza do mnie, bo Madzia narobiła rabanu, że mogę umrzeć. Lekarz dał zastrzyki i przeszło mi. Tak naprawdę nie było mi w głowie "odchodzić z tego świata", bo kto zabawiałby wszystkich? No kto? 

Od roku mam ulubioną zabawkę - niebieską gumę, którą przynoszę, gdy mi daleko rzucą.




Bardzo tęskniłam na wakacjach, jak i podczas wyjazdów Perełki. 
Nie mogłam uwierzyć, że jej nie ma. Kopałam i o mało nie wykopałam dziury w jej łóżku. 
Zawsze budzę Madzię, a wtedy jej nie było. Nie mogłam w to uwierzyć. 
Gdy odpoczywam, wyciągam się w moim legowisku.




Fajnie mi u tej rodzinki. Dzieci szalone, to i ja sobie pozwalam na co nieco. Dbają o mnie. Dokarmiają, smakołyki dają, wożą i wyprowadzają, lekarz na telefon. 
Żyć i cieszyć się tylko. Jestem w dobrych rękach. 
Pozdrawiam Cię serdecznie. Luna. Łapka dla Fiki i Miki! 


PODPIS

Wzruszyłam się, rozpłynęłam, dziękuję! 
Jestem szczęśliwa, że się przyczyniłam do tego rodzinnego szczęścia, a w szczególności, że Madzia ma swoją Lunę!



czwartek, 22 marca 2018

Ciut skomplikowane losy Dumki

Choć pod poprzednim postem pojawiają się wciąż gratulacje za udaną adopcję Dymka i Dumki, ci, którzy śledzą losy zwierzaków Za Moimi Drzwiami na fejsie, wiedzą, że inaczej się to ułożyło.
Czasem mimo najlepszych chęci nie jest tak, jak byśmy sobie tego życzyli.
Dumka nie trafiła do serca Basi, tym bardziej że, co decydujące, ono należało już do kogoś innego: do dwóch czarnych, nieufnych, trudnych przypadków, w tym jednego na trzech łapkach! Tak, do Dymka w niesamowitym domu Basi i jej męża dołączył Bonifacy i tę adopcję zawsze będę wspominać z rozrzewnieniem, bo jest tak piękna, że aż nierzeczywista! Dwa dzikusy razem! Znaleźć dom dla jednego takiego to sztuka, a dla dwóch - razem, i to taki dom!
Tak być miało i być musiało, bo Basia od początku chciała dać dom im dwóm, i na tym koniec i kropka. Tylko jedna w tym łyżka dziegciu: Dumka, która wróciła do kociego pokoju. I choć nie chciałam nikogo epatować jej smutkiem, to nie da się ukryć, że smutna była... 
Pierwszą dobę praktycznie przespała, nieskora do zabawy ani do jedzenia, co do niej niepodobne. Te trudne chwile na szczęście przeszły, minęły i Dumka zaczęła nowy/stary etap - czekania na dom. 

Widać po oczkach, że smutna...

To, czego się boję w przypadkach powrotu z adopcji kota, to przypięcie mu jakiejś krzywdzącej łatki, a to w przypadku Dumki byłoby bardzo niesprawiedliwe. To bardzo kochana koteczka; oddana, wesoła, ufna, miła, czyściutka, wymarzona dla kogoś, kto takiego kota potrzebuje. Nie jest to też żadne lelum-polelum, Dumka żyła w stadzie bezdomnych kotów i musiała sobie dawać radę. Stąd pewnie jej "zarządzanie" Dymkiem w domu u Basi, po prostu ta pani wie, czego chce i nie da sobie w kaszę dmuchać! Nie bez znaczenia był tu też charakter Dymka, bardzo strachliwego "łosia", któremu każdy kot wszedłby na głowę bez problemu. 










Obiecałam sobie, że kolejny post powstanie dopiero, gdy ta koteczka dom znajdzie i...
I dziś mogę się z tej obietnicy wywiązać!
Pojechała! Właśnie pojechała i chyba coś z tego wspaniałego przeznaczenia jednak jej kapnęło, bo również będzie miała dom z wielkim ogrodem, a nawet kawałkiem prywatnego lasu, z dala od dróg, w spokojnym miejscu. Jej ludziom specjalnie zależało, aby była z charakterem, nie żadne ciepłe kluski. :)
Kotka będzie miała uległą i spokojną koleżankę, jestem pewna, że sobie poradzą. W końcu Dumka mieszkała u mnie w jednym pokoju z Magódką, a wcześniej z dwoma kawalerami: Dymkiem i Bonifacym. I żyły one w pakcie o nieagresję, w zgodzie. 


Ech, teraz pozostaje czekać na wieści i cieszyć się nimi, bo przecież musi być dobrze! 
Cała ta historia była bardzo emocjonująca, niełatwa dla mnie ani dla nowej opiekunki Dymka i Bonifacego, ale czyż nie jest tak, że wszystko dobre, co się dobrze kończy?
Oby zawsze tak dobrze się kończyło i oby zawsze kończyło się na takich problemach jak te.


Tak czy siak, co by nie mówić, to jednak ulga i radość!
Dumka ma dom!
Bądź szczęśliwa, koteczko! 

PODPIS


sobota, 10 marca 2018

Dymek i Dumka mają wspólny domek!!!

Moje DD, czyli Dymek i Dumka, spędzały czas w kocim pokoju. Dumka postępów robić nie musiała, bo to kotka bardzo odważna i towarzyska, a Dymek pomalutku odpuszczał...









Jego szczytowym osiągnięciem było siedzenie na widoku - na parapecie, na podłodze - podczas mojej obecności w kocim pokoju. Pisałam o nim cały czas szczerze i prawdziwie. To kot nieufny, syczący na moją rękę do ostatniego dnia - kot trudny, nie dla każdego. Raczej dla konesera, który takie typy lubi. Wolę przegiąć w opisywaniu charakteru w "złą" stronę, niż wprowadzić kogoś w błąd.
Okazuje się, nie pierwszy raz, że takie koty też mają swoich amatorów, a wręcz są dla nich szyte na miarę!

********

6.03.2018 tak pisałam na moim profilu na FB.


To już nie trzymam was w niepewności i napiszę teraz jedno zdanie:





Dymek i Dumka mają wspólny dom!!!

Właśnie wracam spoza Wrocławia. Wzięłam urlop, aby osobiście zawieźć kotki. Warto!! Po stokroć warto! Wspomnieniem tego przedpołudnia będę grzać serce przez najbliższe lata. 😍😍😍 Pewnie mojej wnuczce będę opowiadać o tej wspaniałej osobie i tym cudownym miejscu, które miałam okazję poznać.
Więcej wkrótce! Dom taki, że jak to się mówi, mózg staje!

Pierwsza część opowieści o tym, jak Dumka i Dymek dom znalazły, i jaki to dom!



Basia trafiła na ZMD z cztery miesiące temu i spodobało się jej na tyle, że została. Kiedy Za Moimi Drzwiami pojawił się Dymek, coś jej w sercu drgnęło... Ostatni kot w rodzinie też był czarny. Pan mąż nie chciał najpierw o kocie słyszeć, a potem, po 11 latach, gdy nerki odmówiły kotu posłuszeństwa, pan mąż gotów był zrobić wszystko, aby go ratować, w tym szukać po całej Polsce weterynarza, który kotu nerki przeszczepi! Takie oddanie!
Basia zobaczyła Dymka, poczytała, co to za łoś* z niego - jeszcze bardziej serce jej drgnęło, bo na pogłaskanie poprzednika czekali z mężem pół roku, no i zadzwoniła do mnie.
Powiedziała zdanie, które, założę się, jest marzeniem każdej z osób szukających domu dla kotów: chciałabym adoptować kota, ale nie jednego!


Dymek miał w poprzednim DT koleżankę, z którą się dogadywał, ale niestety nie była ona już dostępna. Na szczęście wtedy pojawiła się u mnie Dumka i choć koty miłością do siebie nie zapałały, to odważna kotka miała od początku dobry wpływ na „Łosia”.

*********

Część druga opowieści o domu, w którym zamieszkał Dymek z Dumką.


To od dziś kolega Dymka-Łosia i Dumki, psiak staruszek, wyrzucony w fatalnym stanie przez swoich "wspaniałych" ludzi do lasu, gdy oślepł i stał się zbyteczny. Był w tak okropnym stanie, że nie wiadomo było, czy przeżyje. Przeszedł operację, a potem długo czekał na dom, aż dowiedziała się o nim Basia i wzięła go do siebie. W ciemno! Tylko słysząc jego historię! Myślała, że padnie na miejscu, gdy go zobaczyła, bo to terier, a teriery od zawsze były w tej rodzinie! Przeznaczenie!
Teraz ślepy staruszek ma życie jak w Madrycie. Ogromnie kocha swoich państwa.

*********

Część trzecia opowieści o domu Dumki i Dymka, zwanego Łosiem, który chyba Łosiem zostanie na stałe.




To kolejne mieszkanki tego cudownego miejsca: kurki zielononóżki! Przepiękne te stworzenia mają rajskie warunki i obiecane dożywocie! Podgrzewany kurnik! Kurki są śliczne, czyściutkie i widać, że nie boją się ludzi.
Bardzo bym chciała mieć kurkę, a raczej dwie.
Dostałam od Basi pyszne, świeże jajka! Koty za jajka - OK! Jestem na tak. :)

***********
Część czwarta będzie krótka:



Łoś i Dumka mają hektarowy ogród i dom za Wrocławiem, leżący przy bocznej, szutrowej drodze. Wkrótce będą miały klapkę w drzwiach werandy, aby zawsze mogły wejść do domu. Oczywiście na razie nie będą wypuszczane, muszą się przyzwyczaić do miejsca. Łoś na pewno dłużej niż Dumka. Gdy je przywiozłam, Dumka była gotowa do zdobywania domu, a czajnik łosiowaty zaszył się natychmiast pod szafką. Wyjdzie pewnie za parę dni. ;)
Biedak, znów musi się przyzwyczajać. Dobrze, że już ostatni raz.
Moje wychwalanie przed Basią zalet Dumki nie było potrzebne, bo to odważna i kochana kicia, ale i tak jej serce ukradł śliczny czarnuszek. Twierdzi, że takie właśnie trudne lubi! ♥️
Aż mi się chce płakać z radości!

*********

Część piąta i ostatnia!




Basia i jej mąż to ludzie z wielkim sercem. Mają cudny, spokojny dom. Basia kocha ogród i pracuje w nim z wielkiej pasji. Koty uwielbiają towarzyszyć ludziom przy pracach ogrodowych, więc mam olbrzymią ufność, że te dwa bezdomniaki zmieniły swoje życie na superdobre! Dodatkowo mają zapewnioną opiekę sąsiadki - w razie czego.
Będziemy dostawać wieści.
Już wiem, że wszystko przebiega zgodnie z oczekiwaniami: Dumka jest przebojowa, Łoś siedzi pod szafką.
Niech sobie siedzi, ile chce! Niech będzie, jaki chce! - mówi Basia! 😍
Moje zadanie spełnione i życzę sobie zawsze takiej cudnej pewności, że znalazłam swoim podopiecznym taki szyty na miarę dom.

The end!!



PS Dodatkowo Basia zbiera ptaszki, jak ja.

*I kto by pomyślał, że nazwanie kota "łosiem" załatwi mu dom. ;)

PODPIS

Edit: 8.03.2018




Nasze DD:

„Noc zapadła i przyszła pora na Łosia. Dumka śpi. Łysa się dziś wołowiną podlizała. Koty chyba zadowolone.” Jak myślicie? Dobrze się ta „Łysa” sprawuje??


EDIT: Losy Dumki i Dymka okazały się jednak bardziej skomplikowane. Dumka wróciła za moje drzwi, a jej miejsce zajął... Bonifacy!



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...