Bajki Białej Kury

Bajeczki powstały na podstawie rysunków do kalendarza Biała Kura 2016,
a te z kolei narysowała Hana do prawdziwych historii zwierzaków, 
które dzięki naszym blogom i naszemu blogowemu 
mikroświatkowi życzliwych ludzi znalazły swoje stałe domy. 

Bajki publikujemy na początku każdego miesiąca. 

PAŹDZIERNIK


Szła przed siebie bez celu, o ile celem nie jest szukanie jakiejś kryjówki przed deszczem i nocą. Była bardzo przestraszona i bardzo głodna. Wydawało jej się, że gdzieś tu był jej dom, przecież nie mógł zapaść się pod ziemię. Jednak z perspektywy jej maleńkiego ciałka wszystkie domy nad rzeką były ogromne i wszystkie wyglądały tak samo.  Żaden nie pachniał TYM domem. Szła więc od furtki do furtki bez większej nadziei, coraz bardziej głodna i coraz bardziej zmęczona. Przy ostatnim domu przy ślepej uliczce zobaczyła uchylone drzwi do garażu. Pokusa była zbyt silna, a ze zmęczenia plątały jej się nóżki. Nie namyślała się długo, właściwie było jej wszystko jedno, na domiar złego rozbolał ją brzuszek. Bała się wprawdzie tego, co spotka ją za drzwiami garażu, ale nie wyczuwała zagrożenia. Było cicho jak makiem zasiał, tylko krople deszczu szumiały w liściach drzew. Weszła ostrożnie przez uchylone drzwi. W świetle księżyca zaglądającego do okna zobaczyła pod ścianą kilka opon, a na jednej z nich leżał koc! Najprawdziwszy, cieplutki koc! Resztką sił wdrapała się na opony i umościła się w kocyku. Przyjemne ciepło otuliło ją jak kokon.  Mimo głodu i bolącego brzuszka natychmiast zasnęła.
Obudził ją jakiś głos, ale nie była pewna czy to sen, czy jawa? Próbowała otworzyć oczy, a jaskrawe światło wpadające przez szeroko otwarte drzwi garażu smagnęło ją jak bicz, aż jęknęła. Nie pamiętała gdzie jest, ani kim jest. Poczuła, że ktoś zawija ją w kocyk i gdzieś unosi. Ogarnęła ją ulga, że już nie musi nigdzie iść, nie czuła strachu i było jej wszystko jedno, co się z nią stanie. Świat rozpłynął się i zniknął.
Obudził ją jakiś znajomy zapach czegoś, co kojarzyło jej się przyjemnie, ale nie mogła sobie przypomnieć z czym.  Było jej ciepło i nic ją nie bolało. Ostrożnie otworzyła oczy i zobaczyła pochyloną nad nią śliczną dziewczynę o bardzo długich, jasnych włosach. Dziewczyna uśmiechała się, a w wyciągniętej dłoni trzymała to coś, co tak pięknie pachniało. 
Przyszło jej do głowy, że umarła i trafiła do nieba, a pochylona nad nią dziewczyna jest aniołem. Ale nie… gdzieś z głębi pokoju do jej uszu dochodziła muzyka, jakiej raczej nie słucha się w niebie. I to coś, co tak pięknie pachnie…
Próbowała wstać, ale nóżki odmówiły jej posłuszeństwa. Dziewczyna posmutniała i wzięła ją na ręce. Szeptała jej coś do ucha, przytulała i pozwalała jeść to pięknie pachnące coś. Poczuła, że odzyskuje siły i nadzieję. Zeskoczyła z kolan dziewczyny i popatrzyła dookoła. Była w domu! W prawdziwym domu z łóżkiem, kocykiem, piłeczką i stołem!
Będziesz nazywać się Frytka – powiedziała dziewczyna.
Troszkę ją to zaskoczyło, ale przecież i tak nie pamiętała jak ma na imię. Chwilkę pomyślała i uznała, że Frytka to śliczne imię. I takie smaczne…



Napisała: Hana. 


WRZESIEŃ



Wrześniowa panienka
Była ciepła, wrześniowa noc. Księżyc wędrował nad pogrążonym w ciszy lasem. Gdzieś w oddali trzasnęła   gałązka i zaszeleściły suche liście. Las spał. Spały puchate, młode sówki w dziupli na starym dębie, spała lisia mama z dziećmi w jamie pod jaworem, locha z warchlakami drzemała w bezpiecznej kotlince wymoszczonej w pachnącej trawie.  Księżyc zniknął za wzgórzami, a las zalśnił kroplami rosy w pierwszych promieniach słońca.
W kępie trawy mignęło coś białego, trawa poruszyła się i zdumionym oczom sójki, która właśnie się obudziła i starannie czyściła sobie piórka, ukazał się biało-czarny ryjek i dwoje oczu tak dziwnych, że sójka z wrażenia zamarła. W biało-czarnym pyszczku tkwił normalny, czarny nos i dwoje przerażonych oczu. Jedno z nich było ciemnobrązowe, a drugie niebieskie jak lazur nieba! Stworzenie było najwyraźniej przerażone, jego małe ciałko drżało jak liście osiki na wietrze.
- Ki czort? – pomyślała sójka. Ani to borsuk, ani zając, ani wilk. I to dziwne oko…

Tymczasem las obudził się na dobre. Z zarośli wyłoniło się stado dzików z pasiastymi warchlakami, czarny dzięcioł pracowicie stukał dziobem w pień starej sosny, w koronie dębu gwizdała wilga. Stworzenie z czarno-białym ryjkiem bało się coraz bardziej. W promieniach słońca sójka zobaczyła wyraznie, że jest ono brudne i bardzo, bardzo chudziutkie. Jeden z dzików podsunął mu jabłko, ale trzęsło się tak bardzo, że nawet nie próbowało jeść.
Ciekawska sójka już miała sfrunąć niżej i zająć się porzuconym jabłkiem, gdy z chabrów porastających zbocze wzgórza wyłoniła się postać  tak piękna, że sójka zapomniała o jabłku. Dziki zamarły w zachwycie, tylko warchlaki baraszkowały niestrudzenie w kałuży, jakby niczego nie zauważyły. Tajemnicza postać zbliżyła się do kępy traw, pochyliła się nad stworzeniem i zapłakała. Wyciągnęła ręce, uniosła drżące ciałko i przytuliła do piersi.

- Chodź ze mną, maleńka. Jesteś śliczną, malutką sunią w ciąży i nie możesz tutaj mieszkać. Zaniosę cię tam, gdzie już zawsze będziesz szczęśliwa.
Zawinęła stworzenie w jedwabną chustę, wzięła je w ramiona i odeszła.
Sunia o sierści mięciutkiej jak sierść lamy i z okiem niebieskim jak lazur nieba, pod opiekuńczymi skrzydłami Wróżki (bo to ona była), urodziła dwa szczeniaczki równie śliczne jak ona sama. Szczeniaczki są szczęśliwe w swoich domach, a sunia na pamiątkę tego wydarzenia dostała na własność imię Lama. 

I żyje długo i szczęśliwie.


(Napisała Hana)

Sierpień


KUDEŁEK

Kiedy tamtego zimnego marcowego przedpołudnia roku 2015 Kudłacz zobaczył Graszkę i Bogumiła stojących przy furtce, nie mógł przewidzieć, że już za godzinę z kawałkiem będzie z szybkością ponad stu kilometrów na godzinę mknął ku nowemu życiu w odległym  mieście nad brzegiem szarego, zimnego morza.

Patrząc na niknącą w oddali podlaską wioskę, poczuł w swoim małym psim sercu ukłucie, coś jakby tęsknotę za światem, który żegnał na zawsze. Las, przy którym przycupnęły drewniane, ciemnoszare domki wydał mu się mały i wcale nie tak bezkresny jak wtedy, gdy przemierzali go z Rudym. 

Bór został szybko zastąpiony bezkresnymi brązowymi o tej porze roku polami, szpalerami bezlistnych brzóz o białych jak papier pniach, a wkrótce wioskami, wsiami, miasteczkami i miastami, które wydały mu się przerażająco olbrzymie. Kudłaty zaczął się bać, drżeć i niespokojnie dyszeć, ale mimo to oniemiały patrzył na przewijający się za oknem film.

Rudy mu opowiadał nocami, kiedy przytuleni, ogrzewali się nawzajem pod świerkowymi gałęziami, o wielkim świecie. Sam nie pamiętał wiele, nie umiał odpowiedzieć Rudemu, skąd się wziął w ich lesie. Być może wspomnienia były zbyt bolesne i dlatego szybko wymazał je z pamięci. 

Razem z Rudym tworzyli zgraną watahę, rozumieli się bez słów. Żyli tym, co udało im się wygrzebać ze śmietników, a któregoś razu Rudy, w którym odezwały się instynkty przodków, porwał kurę, ale nie smakowała im za bardzo. 

Żyli wolno, ale czy szczęśliwie? Na to pytanie Kudłaty nie umiał odpowiedzieć. Cudownie było gnać polami przez dojrzałe zboże, czując jak ciężkie kłosy uderzają o ciało, a lipcowe słońce pieści ich karki. Ale gdy jesienią od wschodu zaczynały wiać zimne wiatry, nie było już tak fajnie, wtedy mimowolnie garnęli się do człowieka. 

Któregoś styczniowego dnia Rudy nie obudził się. Kudłaty trącał go nosem, mówił, aby się nie wygłupiał, nie udawał, prosił, aby wstał. Ale oczy Rudego pozostały szkliste i pozbawione dawnego blasku. Kudłaty zrozumiał, że został sam na tym świecie i musi wrócić do wsi, odnaleźć z powrotem swoje miejsce u boku człowieka. Tak jak stało się to przed tysiącami lat, gdy jego praprzodek położył się bez słowa przy ogniu roznieconym przez mężczyznę odzianego w skóry dzikich zwierząt. 


Kudłaty wybrał dom młodej kobiety Mamalinki, bo tylko ona nie przegoniła go, a nawet nakarmiła i mówiła do niego głosem, od którego robiło się tak ciepło na sercu. Kobieta miała już trzy psy, ale one zaakceptowały nowego członka stada, choć nie obyło się bez zgrzytów, gdy ten biały z łatą próbował atakować go od tyłu. - Wróg? - pomyślał przerażony, ale odgryzł się i tamten zostawił go w spokoju i pognał w stronę leżącego, nic nieprzeczuwającego konia. 
Mamalinka nie mogła zostawić Kudła; postanowiła napisać o nim na swoim blogu.  Graszka zakochała się w nim od pierwszego spojrzenia,  Bogumił do tej miłości musiał dojrzeć. 

Podróżowali autem - tak nazywało się to śmierdzące benzyną blaszane pudło, którym niemiłosiernie trzęsło na wybojach. Wielkolud siedzący za kierownicą rzucał co pewien czas przekleństwa w kierunku innych opakowanych w blaszane pudełka, wściekłych i szybkich próbujących zepchnąć ich do rowu. Przeklinał też osobników, których nazywał politykami, a którzy według niego zamiast zbudować nowe drogi, napełniali własne kabzy.

Oj, dłużyła się ta podróż niemiłosiernie., Co pewien czas żołądek, mimo że pusty, skakał do gardła i próbował wylecieć na zewnątrz.
- Czemu to człowieki są takie durne? - myślał, czując jak po raz kolejny zbiera mu się na wymioty. – Nie mogą poruszać się na tych ich szczudłowatych nogach? W końcu robią to całkiem sprawnie. Co ich tak gna? Zachłanni zniszczą, rozjeżdżą blaszanymi pudłami i zabudują tymi swoimi betonowymi klocami naszą wspólną matkę Ziemię. 

Podczas dwóch postojów Kudłaty nie dawał się z całych swych sił wsadzić z powrotem do śmierdzącego pudła. Ale mimo że jego ostre siekacze cięły ze świstem powietrze niczym samurajskie miecze nic nie wskórał. Jechali dalej i dalej w mroczną noc. 

I dojechali w dziwne, pachnące świeżym drewnem miejsce, które kobieta nazywała letnim domem. Tam w końcu dano mu jeść. Zasmakował potraw, o których do niedawna mógł tylko pomarzyć. Poczuł na swoim karku męską dłoń, od której, o dziwo, po jego skórze rozeszło się bardzo miłe ciepło.

Rudy opowiadał kiedyś bajkę o psie i wilku, który wolał kąsek lada jaki niźli w niewoli przysmaki. Wtedy Kudłaty był całym sercem za wilkiem, ale tego wieczora, pod koniec strasznie długiego dnia, który totalnie odmienił jego życie, zaczął się zastanawiać, czy to jednak nie ów bajkowy pies miał rację. Cóż to w końcu za cena – wolność utracona za obrożę na szyi, pełną miskę i posłanie w cieple?

Od tamtej pory minął ponad rok. Kudłaty, znany teraz jako Kudełek, zaznał życia w mieście. Nowa pani odkarmiła go, zadbała o modną fryzurę. Spacerował miejskimi trotuarami, kręcąc z lekka kuperkiem, ścigany tęsknym wzrokiem miastowych suń. Czasem coś tam w sercu pikało, wracało wspomnienie otwartych przestrzeni, wiatru we włosach, pędu ku zachodzącemu słońcu.


U progu lata 2016 roku ukochana pani znikła, co zasmuciło wielce Kudełka. Wył cicho nocami. Rozłąka na szczęście nie trwała długo, tydzień później razem z Bogumiłem udali się w długą podróż tym wielkim, śmierdzącym blaszanym pudłem. Po paru godzinach znaleźli się na końcu świata, w krainie pagórkowatej, bezludnej, pełnej bocianów i innego dzikiego ptactwa. Na górce, pośród rozległych łąk, stał nowy stary dom Graszki i  Bogumiła . Teraz miał już wszystko - kochającego człowieka i wolność. 



Lipiec

Rysunek Hany przedstawia prawdziwą sytuację: tylko MCO z domu,  Fika do domu! :)
FIKA

Urodziłam się w królewskiej rodzinie wśród licznego potomstwa - moich braci i sióstr. Ludzie mówili na nas The Whippets. Mama i tata byli bardzo dumni z tego nazwiska. Dla mnie ważniejsze od honorów królewskich było jednak, że mama i tata bardzo mnie kochali. Byłam ich Prześliczną Dziewczynką, Piękną Panną, Rozkosznym Skarbem - jakby było mnie wiele, a nie jedna. Mogłam całymi dniami wspinać się na ich wielkie ciała i turlać się z nich w dół. Jaka to wspaniała zabawa! Hop, hop, do góry! I hejaaaa, szybko w dół! I tak w kółko. Czepiałam się ich długich uszu albo puszystej ciepłej sierści i szarpałam ile sił, a oni tylko się z tego głośno śmiali. Kochałam też turlaniny, zębaniny, napadaniny i gonitwy z moim rodzeństwem. Wyskakiwaliśmy na siebie znienacka, chowaliśmy się po zakamarkach naszych izb, próbowaliśmy warczeć i szczekać, choć nie za bardzo nam to jeszcze wychodziło. Beztroskim szaleństwom nie było końca, aż do tych chwil, kiedy wszyscy padaliśmy ze zmęczenia i zasypialiśmy słodkim, głębokim snem. Kochana nasza rodzinka!

Pewnego smutnego dnia przyszedł do nas człowiek o imieniu EuGenic. Przyniósł ze sobą wielką torbę, z której wyjął wiele metalowych przyrządów. Zaczął nimi dokonywać pomiarów na nas wszystkich. Brał po kolei: mamę, tatę, braci i siostry, a w tym mnie. Mierzył nam długości, obwody, rozmiary główek, oczu, pyszczków i ogonków. Baliśmy się bardzo, ale był olbrzymi, więc byliśmy posłuszni; tak nakazała mama.

Po zakończeniu badań człowiek zapisał dużo liter w swoich notatnikach, zaglądając przy tym do książek, które wyciągnął ze swojej torby. Potem popatrzył na nas z kpiącym uśmiechem i powiedział:

- Jacy z was The Whippets?! Ha ha! Aniście The Whippets, aniście The Rattlers. Trochę tego i tamtego, a nawet jeszcze i owego!! Głowy Rattlersów, ciała Whippetsów, a ogony z... Sam nie wiem z czego. Nieźle nabrali tych waszych właścicieli! Oszuści! No, ale to już nie moja sprawa.
Spakował swoje rzeczy i wyszedł.

Mama i tata patrzyli na siebie cicho. My też się nie odzywaliśmy, bo nie wiedzieliśmy, co powiedzieć.

Ten dzień był najbardziej cichy z wszystkich dni mojego dzieciństwa spędzonego z rodziną. Był też ostatnim dniem w gronie moich bliskich.

Następnego dnia do naszych izb weszło kilku obcych ludzi. Zaczęli wyłapywać nas po kolei i pakować do różnych pudełek. Mama z tatą próbowali warczeć i szczerzyć kły w naszej obronie, ale na nic się to zdało. Ludzie byli wielcy i dużo groźniejsi od małych kłów rodziców. My próbowaliśmy uciekać i kryć się, ale wkrótce każde z nas znalazło się w swoim pudełku.

- Pojedziecie teraz do swoich domów, każde z osobna. Nie jesteście żadną rodziną królewską. Jesteście The Kundelberries. Wasze domy to nie żadne pałace i izby, ale psie budy i klatki. Tam wasze miejsce od dziś!

Ostatnie głosy moich rodziców i rodzeństwa, jakie pamiętam, to piski, wycie i bezradne szczekanie. Więcej ich już nie słyszałam i nie widziałam.

Zawieziono mnie w moim pudle do miasta Cieszyna i wyrzucono zamkniętą pod jakimś budynkiem, z którego rozlegało się wielogłosowe szczekanie i wycie. Byłam przerażona, bo to musiała być jakaś wielka i nieszczęśliwa psia rodzina. Przecież nie moja, prawda? Po jakimś czasie ktoś podniósł pudło ze mną w środku i wniósł do tego wielkiego budynku. Tam mnie wyjęła jakaś pani, uśmiechnęła się i pogłaskała mnie po głowie.

- Nie bój się, dziecinko, zaopiekujemy się tu tobą, damy jeść i miejsce do spania - powiedziała.

- Czy znajdziecie też moją rodzinę? - chciałam zapytać, ale nie umiem po ludzku mówić i tylko cienkie popiskiwanie wychodziło z mojego pyszczka.

Dali mnie do drugiej pani w białym stroju. Ona zbadała mnie dokładnie, a na koniec ukłuła czymś szczypiącym w zadek!

- Aj!!! - pisnęłam.

- Nie bój się, kochanie, będziesz zdrowa! - roześmiała się.

Uspokoił mnie ten uśmiech.

Wkrótce wylądowałam w klatce, w której było kilka innych maluchów z rodziny The Kundelberries, ale niestety nie z mojej. Próbowałam nawoływać przez jakiś czas moich bliskich, podobnie jak inne psiaki z mojej i sąsiednich klatek, ale na darmo. Żaden z głosów, które słyszałam, nie należał ani do mamy, ani do taty, ani do żadnego z rodzeństwa. Zmęczona i smutna położyłam się w jednym z kątów klatki. Wszystkie inne kąty i zakamarki zajęte były przez mych małych współlokatorów. Patrzyliśmy na siebie tylko pustym wzrokiem i nie odzywaliśmy się do siebie.

W tej klatce spędziłam wiele długich miesięcy. Było mi bardzo smutno bez mojej rodziny i czasami próbowałam ich nawoływać. Zawsze bez skutku. Ludzie dawali nam jedzenie i robili zdjęcia.


Niektórzy moi towarzysze byli zabierani, a na ich miejsce zawsze dokładano nowych, przelęknionych. Z tego smutku zaczęłam sobie wyobrażać szczęśliwe życie z zabawami i bieganiem po kątach naszych starych izb. Wtedy, w tych myślach, byłam choć trochę szczęśliwsza. Rozmawiałam z mamą i tatą, tuliłam się do nich. W klatce byłam nieobecna. Mówiłam sobie: "Nie ma mnie tu. To nie mnie się przydarzyło. Jestem szczęśliwa wśród swoich". Ludzie przychodzili czasem, brali mnie na ręce i martwili się.

- Jest chyba chora - mówili.

Badali mnie, ale nic im z tego nie wychodziło. Zostawiali mnie więc z powrotem.

W moich wyprawach w głąb wyobraźni wymyśliłam sobie dobrą wróżkę, która się mną opiekowała. Kiedy rozmawiałyśmy ze sobą, prosiłam ją, aby zabrała mnie z tego miejsca do mojej rodziny, do dobrego domu, gdzie znowu poczuję szczęście. Czasem wydawało mi się, że ona jest prawdziwa i że naprawdę zabierze mnie stąd kiedyś.

Któregoś dnia wszedł jakiś pan, wziął mnie na ręce i powiedział:

- Jedziesz dzisiaj do swojego nowego domu, ślicznotko!

Przestraszyłam się, bo nie chciałam już żadnych nowych domów. Chciałam wracać do swoich. Ale nikt mnie o to nawet nie spytał.

Zapakowali mnie do małej klatki i wsadzili do dużego auta, które jechało bardzo długo, hałasując strasznie i trzęsąc mną, aż niedobrze się od tego robiło. Zawieźli mnie do miasta Wrocławia i wysadzili w tym nowym domu.




Tam przywitała mnie pani, która wyjęła mnie z klatki i od początku zaczęła do mnie miło mówić, cmokać, piszczeć i brać na ręce. Mówiła o sobie ciocia Gosia. Mogłam chodzić po dużych, nowych izbach, w których nie było ani jednego pieska, za to wiele kotów, które uciekały ode mnie, kiedy próbowałam się jakoś zakolegować. Tylko jeden czarny nie uciekał. Nazywał się Hokus i chętnie się dawał obwąchiwać.

Ciocia Gosia zabierała mnie do ogródka, gdzie stałam przestraszona, bo nie wiedziałam, co robić.




Kiedy zrobiłam siusiu, ciocia Gosia była uradowana do łez, więc od wtedy zaczęłam sikać wszędzie: tam i w izbach, żeby się cieszyła. Dziwne, bo raz bardzo mnie chwaliła, a innym razem wzdychała ciężko i szorowała dywany. Nigdy jednak na mnie nie krzyczała. Potem nauczyłam się spacerować, a kiedy zapięła mnie do długiej linki, wyszłyśmy na wielką łąkę. Nigdy nie widziałam tak wielkiej przestrzeni, więc trochę mnie to przerażało. Ale ciocia była cierpliwa i cieszyła się z każdego mojego kroku. Zaczęłam więc ku jej radości spacerować coraz dalej i dalej.

Na tych spacerach spotykałam dużo piesków z różnych rodzin. Jedna suczka jest nawet z rodziny The Whippets i jest bardzo fajna, bo wcale nie zadziera nosa i nawet mnie polubiła. Jest dużo większa, więc trochę się jej boję. Zresztą prawie wszystkie pieski są większe ode mnie. Muszę być dzielna, żeby się nie bać.

Teraz mam mnóstwo kumpli i kumpelek na wielkiej łące.

Jestem w moim nowym domu już bardzo długo. Do mojej nowej rodziny należy jeszcze ukochany wujek Robert, a czasami odwiedzają nas inni, którzy mówią, że też są z naszej rodziny. Taka to dziwna rodzina, bo trochę w niej kotów, trochę ludzi, no i ja - Kundelberry. Nazywają mnie Fiśka, a na spacerach wołają Fika, nie wiadomo dlaczego. Mają chyba złą pamięć, bo często mówią też do mnie Fikunia, Kochanie, Człowieku ("co ty robisz, człowieku, mówią, gdy np. kopię dziurę w ogrodzie), Maleństwo Ty Nasze, Słoneczko itp. Wszystko im się miesza.

Najważniejsze jednak, że dobrze się z nimi wszystkimi czuję. Znowu jestem traktowana jak królowa. Mam swoje posłanie, chociaż wolę spać obok cioci Gosi albo pomiędzy wujkiem i ciocią. Kiedy mnie miziają, robię takie śmieszne maślane oczy, bo wiem, że im się to bardzo podoba. Niech też mają trochę radości ze mnie. Mam swoją miskę z jednym z moich imion wyciętym w jej obudowie, chociaż wolę jeść z nimi z wielkiego stołu. Przy nim mam swoje krzesło.



Czasem myślę sobie, że ciocia i wujek to tak naprawdę moi rodzice, tylko dziwnie odmienieni przez długie i nieznane podróże albo jakiegoś czarnoksiężnika. Myślę sobie o nich - mama i tata. Tylko im o tym nie mówię.

Jestem szczęśliwa. I nawet nie o to chodzi, że jestem traktowana jak królowa, ale że czuję się znowu bardzo kochana.

Ostatnio w naszym domu pojawiła się moja siostra Mika, również z wielkiej rodziny The Kundelberries. Pokochałam ją od pierwszego wejrzenia.



Ale to jest już całkiem inna, radosna historia.

Bajkę napisał MCO - Robert. 

CZERWIEC



Malinowa nalewka z aronii


Pierwszy raz duży pies Malin wbiegł na podwórko wczesnym latem. Albo późną wiosną - tego już nikt (wliczając w to najstarszych górali) nie pamięta. Pokręcił zadkiem, zamachał ogonem, rozgonił zdezorientowane koty, zauroczył Kocią Jolkę i jej młodocianą latorośl, po czym oddalił się w sobie tylko wiadomym kierunku. Malin, pies mieszkający z człowiekiem niefrasobliwym, nieodpowiedzialnym, tak zwanym wolnym ptakiem, od tej pory zaglądał na podwórko coraz częściej - radując Kocią Jolkę, jej zwierzolubną przyległość Igora oraz, choć w nieco mniejszym stopniu, Pana Męża (czyżby ten już wtedy coś przeczuwał?). A odkąd zamieszkała z nimi Lesia, pies z lasu - także ją. Tylko Pudels początkowo trochę buńczucznie protestował, szczekając (zresztą bez większego przekonania) w swojej zagrodzie. Czuł się odpowiedzialny za obejście.


Koty początkowo czmychały na wyżej położone obiekty, typu drzewo, dach, stół, wysokie krzesło, ale zaprzestały tego, gdy tylko zorientowały się, że pies jest przyjazny i wcale im nie dokucza. Po wielu miesiącach doraźnego dochodzenia na śniadania i kolacje, po wielu zimowych nocach spędzonych na werandowych fotelach przyszedł dzień, w którym Kocia Jolka znalazła Malina wyczerpanego, śpiącego na wycieraczce. Przerażona, zawiozła go do psiego lekarza.


Tym razem nie było to nic poważnego, wystarczył wzmacniający zastrzyk i Malin prędko doszedł do siebie, ale już za kilka dni powrócił do swojego przyszywanego domu ze skaleczoną łapą, którą to z kolei pozszywał lekarz, założył opatrunek, zrobił kolejne zastrzyki. 
Leczenie trwało około trzech tygodni, bo Malin spuszczony z oka dotąd gmerał przy założonym opatrunku, aż go sobie zdjął, a jakby tego było mało, zdejmował też szwy. Należało więc pilnować go nieustannie. Nie mogąc liczyć na współpracę z Niefrasobliwym, trzeba było Malina "zaadoptować" - pies zamieszkał w domu Kociej Jolki. I coraz silniej związywał się z jej rodziną, a najbardziej z nią samą. Ale przecież nie mogło stać się inaczej, skoro ta zabierała Malina nawet do pracy!


Do dziś zresztą Kocia Jolka nosi w sobie przekonanie, że Malin w swej niewątpliwej psiej mądrości uknuł przebiegły spisek. Gdy tylko zorientował się, że Kocia Jolka sama jadąc do pracy, zostawia go w domu w dni, w które zostaje w nim Pan Mąż, postanowił kategorycznie zaprotestować przeciw rozwiązaniu, które narażało go na dziesięciogodzinną rozłąkę z "mamusią". TEGO dnia Malin został w domu z Panem Mężem. Pozornie zachowywał się spokojnie, nie wzbudzał podejrzeń, odpoczywał, bezceremonialnie zajmując legowisko Lechy i nic nie wskazywało na nadejście katastrofy. 

Pan Mąż jako człowiek pracowity i zajęty - tu cytat - oddalił się po gumnie (koniec cytatu), na którym miał do załatwienia sprawy ważne i niecierpiące. Gdyby wiedział, jakie to u Malina spowoduje cierpienia oraz jakie będą ich następstwa, siedem razy zastanowiłby się nad podjętymi krokami i czym prędzej by się z nich wycofał. Wtedy jednak zabrakło mu widać intuicji i dlatego po kwadransie nieobecności przywołał go do domu podejrzany huk dochodzący z południowego pokoju, nieco na wyrost zwanego salonem. Widok nadmienionego pokoju był piorunujący: z parapetu okna, po ścianie i kaloryferze spływała buraczkowa ciecz, zajmując coraz większą powierzchnię podłogi, malowniczo rozsypywała się na niej pomarszczonymi kuleczkami aronii, rozdrobnionymi laskami wanilii, rozmokłymi listkami wiśni oraz połyskującymi kawałkami szkła, będącymi wspomnieniem dużego, pięknego słoja. Tak oto aroniowa nalewka Kociej Jolki legła w gruzach. Malin spoglądał na Pana Męża, wysyłając jednoznaczny komunikat: przecież wiesz, że nie lubię sam oczekiwać na powrót mamusi. Musiałem się jakoś uwolnić od tej kłującej samotności...

Nigdy się nie dowiemy, jakich wyrazów używał Pan Mąż, sprzątając rozlazły po pokoju ulepek ze słoja, gdyż Kocia Jolka po powrocie z pracy nie miała odwagi pytać o procedurę, którą ten dzielny i pracowity człowiek wdrożył w celu pozbycia się mazi z podłogi. Prawdopodobnie słów tych osoby szanujące siebie i czytelników nigdy by nie użyły publicznie, jakkolwiek w tamtym krytycznym momencie mogły one uchodzić za pomocne, wskazane i wręcz odznaczające się czarodziejską mocą - rozładowywania nerwów. To musiały być mocne słowa, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że po tej przygodzie Pan Mąż nie przegonił z domu Malina. Za to sam Malin osiągnął swój cel - odtąd już codziennie podróżował z Kocią Jolką. W samochodzie, obok swojej tymczasowej opiekunki, czuł się doskonale. Zwijał się w dorodny kłębek na fotelu pasażera, układał pysk na dłoni Kociej Jolki i spoglądał na nią maślano-Malinowym wzrokiem. Do dziś nie wiadomo, jakim cudem tą zablokowaną dłonią udawało jej się czasem zmienić bieg w samochodzie. Wiadomo jednak, że tych scen Kocia Jolka nigdy nie zapomni Malinowi...


(Napisała JolkaM.)

MAJ




Omamy, nie omamy.


Tego dnia Padre obudził się o zwykłej godzinie, przeciągnął w czystej pościeli, trafiając nogą na kulawą Agnieszkę, która jeszcze smacznie chrapała w nogach łóżka. Czuł się wspaniale - wyspany i w dobrym humorze, choć miał dziwne przeczucie, że ten dzień będzie inny niż zwykle. Z kuchni dobiegały go odgłosy krzątania się i Padre z czułością pomyślał o swojej żonie Inkwi, która już szykowała śniadanie.

- Dzień dobry, kozanie! - z uczuciem przywitał się Padre z kulawą Agnieszką.

- Kozanie? Kozanie?! - co też ja gadam, zdziwił się mężczyzna. - Ha, ha, "kozanie"! Dobre!

Kulawej Agnieszce było wszystko jedno, jak się do niej zwracano. Obudzona, odpowiedziała tradycyjnie "beee" - jak to owca. Rozpuszczona była jak dziadowski bicz, bo odkąd straciła nóżkę, wszyscy ją rozpieszczali, czego dowodem było choćby zezwolenie na spanie w łóżku.

Padre wparował do kuchni, od progu opowiadając Inkwi, jak się przejęzyczył. Pośmiali się wspólnie, choć kobieta jakby z zażenowaniem (taki dziwny ją oblał rumieniec), zjedli śniadanko i Padre wyszedł przed dom gospodarskim okiem zerknąć na swoje podwórko. Ledwo przekroczył próg, a już kątem oka zauważył tuż obok kurnika rudą kitę lisa!

- Końże go, koń! - wrzasnął do swojej białej suczki, która zajęta była porządkami w ogródku (właśnie "przesadzała" lwie paszcze)! - No, końże, ty leniwy psie!

Zaraz zmieszał się okropnie. Co też się ze mną dziś dzieje? Ekh, ekh - odchrząknął i bardzo wyraźnie, ale cicho powiedział sobie "gońże go, goń". No tak - umiem. Uff. Po czym jego wzrok znów zatrzymał się na suczce zarzynającej ulubione kwiaty żony.

- Co ty robisz z tymi psimi paszczami! Inkwi się załamie, gdy zobaczy, co się stało z tymi...

- Psimi paszczami?? To już naprawdę przesada! Padre rozejrzał się podejrzliwie, czy nikt nie słyszał, jak kolejny raz się skompromitował (tak sam to określił w głowie), ale nikogo na szczęście w pobliżu nie było.

Trochę uspokojony, wszedł do domu, żeby przygotować się do pracy i już za chwilę wsiadał do auta, żegnając się z żoną.

- Do zobaczenia, kochanie (bardzo uważał, żeby nie powiedzieć "kozanie"), będę jak zwykle po 17.

- Tylko, proszę, przyjedź punktualnie, bo nie zdążymy do urzędu!

- Nie spóźnię się nawet koguty - obiecał Padre i widząc zdziwioną minę żony, udał, że nic się nie stało. Dopiero gdy był już sam, zaklął pod nosem: kurza twarz, co za dzień, mam nadzieję, że mi to nie zostanie, bo zaczynam się bać otworzyć kury! Kury?? Nie! To jakiś koszmar - zaklął pod nosem po raz wtóry i bardzo głośno puścił radio, by zagłuszyć dziwny niepokój.

W ciągu dnia Padre starał się odzywać mało, wciąż myślał o "kozanie", "końże go", "psich paszczach", niespóźnianiu się "nawet koguty" i "otwieraniu kury". W pracy raczej tylko kiwał głową na tak bądź kręcił na nie, wzruszał też ramionami, gdy czegoś nie wiedział i ze zdziwieniem skonstatował, że to w zupełności wystarczy do kontaktów z ludźmi. Postanowił tak trzymać do końca dnia, a nazajutrz spróbować, czy dziwna dolegliwość mu przeszła. Trochę bał się, czy nie zwariował. Szczerze mówiąc, to bał się więcej niż trochę. Co, jeśli jeszcze oprócz lapsusów językowych zdarzą mu się na przykład omamy wzrokowe? To już będzie jawny znak, że oszalał do reszty. To na pewno przez spanie z kulawą Agnieszką w łóżku - pomyślał. Przecież nikt normalny nie śpi z owcą, nawet trzynogą, nawet w nogach...

Nie wiedział, że w tym samym czasie w stronę uroczego górskiego siedliska zmierzał bardzo specyficzny transport...

Padre był w takim stanie, że kiedy biedak wrócił wieczorem do domu i dostrzegł, że pojawiło się na podwórzu dużo nowych zwierząt (a trudno było ich nie dostrzec!) udał, że nic takiego nie ma miejsca. Że nie ma na łące białego konia, i że stadko kóz nie jest liczniejsze. Udał, że czarny pies biegający po obejściu nie istnieje, a gromadka kur ze swoim kogutem była tu zawsze. Na wszelki wypadek udał też, że nie widzi na stole w kuchni słoiczków, pudełek, butelek opatrzonych napisami "Dla Padre, wspaniałego mężczyzny, który adoptował zwierzęta w potrzebie". Coś mu się wtedy przypomniało... Inkwi faktycznie mówiła, że koń, kozy, pies i kogut z kurami szukają domu, ale Padre uznał, że to dowcip!

Najwyraźniej jednak to była prawda; wolał się o tym przekonać nazajutrz. Na wszelki wypadek, gdyby to były jednak omamy tego dziwnego dnia...

Padre wsunął się pod kołdrę, posmyrał gołą stopą futerko kulawej Agnieszki i czym prędzej zasnął.
A potem śniło mu się, że został pustelnikiem, ale to już zupełnie inna historia...

(Napisała Gosianka)



TU - link.


KWIECIEŃ




Piosenka o lawendowym Jacusiu

Razu pewnego cud - psiak w pole lawendy wpadł

Skąd się tam wziął? Nie wie nikt

Może przywiał go wiatr?

Biały psiak niby elf


W łanach kwiatów schronienie swe miał

Ale tęsknił wciąż, pragnął znaleźć dom

No i ludzi też bliskich mieć chciał


Niełatwo jest znaleźć miejsce swe

Musiałby cud się tu stać

Lawendowy ten pies kochać tak chce

Lecz któż chciałby serce mu dać?


Wiej wietrze, wiej wietrze z dobrych stron

Spełniaj proste marzenia i sny

Kiedy serdeczny ktoś oznajmia  -  to dom

Piesku mój, przy mnie już będziesz Ty


Z dalekich gór pan i pani jechali po psa

Co mógłby być towarzyszem ich psinki co dnia

Biały psiak ujrzał ich i przez pole radośnie tak gnał

Czy przeczuwał, że szczęście znalazł swe

Że to do nich tak tęsknił i łkał?


Niełatwo jest znaleźć miejsce swe

Musiałby cud się tu stać

Lawendowy ten pies kochać tak chce

Lecz któż chciałby mu serce dać?


Wiej wietrze, wiej wietrze z dobrych stron

Spełniaj proste marzenia i sny

Kiedy serdeczny ktoś oznajmia  -  to dom

Piesku mój, przy mnie już będziesz ty


Dobry im pomógł wiatr

Radosny jest teraz biały psiak

Imię Jacuś ma, z suczką Zuzią gna

A pan z panią go pieszczą co dnia


Niełatwo jest znaleźć miejsce swe

Lecz gdy się je wreszcie ma

Można nie bać się, że następny dzień

Samotnością otoczy jak mgła



Wiej wietrze, wiej wietrze, dobro siej

Niech się niesie po polach pieśń ta

Lawendowy nasz pies, szczęśliwy dziś jest


Razem z nim dobrze nam iść przez świat…


Napisała Olga Jawor. 

MARZEC

Szczęśliwa Bella




Biegła przez pole, a za nią stado psów. A może to nie psy a wilki?! – pomyślała przerażona. Faktycznie kilka sylwetek, które z daleka wyglądały na małe kundelki, nagle stało się o wiele większymi, jakby je ktoś napompował i… rozczochrał! Zobaczyła, że to wilki z bardzo długimi uszami i jeszcze dłuższymi ogonami! Nigdy takich nie widziała, więc okropnie ją to zdziwiło i starała się biec coraz szybciej, i szybciej, ale jakimś dziwnym zrządzeniem losu zamiast poruszać się do przodu, wciąż była w tym samym miejscu. Nagle lunęło! Jej czarna, błyszcząca sierść spłynęła od wody, ale deszcz, który się rozpadał, też nie był zwyczajny, bowiem leciał tylko na nią. Wszystko dookoła było suche: trawa, kwiaty, krzaczki, drzewa, a nad nią wisiała jedna jedyna różowa chmurka i to z niej padały obficie cieplutkie krople. Wprost na nią. Wilkom nawet włos na ogonie nie zmókł, nie mówiąc o długich uszach! Czarna śliczna suczka o pasującym do jej urody imieniu Bella czuła się jakoś tak lekko i uświadomiła sobie, że wcale się tych wilków nie boi, że właściwie to jest tylko taka zabawa w berka. Bardzo się zdziwiła, że o tym zapomniała. Obejrzała się za siebie już bez lęku. Ech, a to wcale nie wilki a kury we wspaniałych fryzurach wprost od fryzjera; przecież ona zawsze z tymi kurami tak hasa po obiedzie! Z kurami? We fryzurach?! Coś jej nie grało, jednak pędziła przed siebie, radośnie sadząc wielkie susy, które wcale jej nie posuwały do przodu, podczas gdy z różowej chmurki padał na nią cieplutki deszczyk. Ach, jak przyjemnie! Hop-sa-sa!

Ojej, uczucie przyjemności się rozwiewało… Wyraźnie poczuła, że coś ją smyra po bródce! 

- Zobacz, Bogusiu, zobacz, jak ona przebiera nogami, pewnie śni się jej coś fajnego – usłyszała.
- Co ci się śni, Bella, ślicznotko, gdzie tak pędzisz? – zapytał miły głos jej nowego pana i psinka uświadomiła sobie, że jest bezpieczna i syta. Zaraz na pewno jej mama Bogusia zawoła ją na kolację, ale zanim to nastąpi, jeszcze na chwilę przymknie oczy, może uda się jeszcze raz tak lekko i płynnie pobiec przed siebie z kurami, a może z wilkami… Ech, wszystko jedno! Życie jest takie piękne i pełne przygód, ale tylko z panem i panią u boku. I tylko w swoim domku. Bella z wdzięcznością pomyślała o wszystkich swoich ludziach, którzy opiekowali się nią w ciągu jej życia, zamknęła mocniej oczy i… pobiegła hasać z kurami. A może z wilkami? To już wie tylko ona. 


KONIEC
(Napisała Gosianka)

****

LUTY


Miłość na zawsze. I już.


Siedziała w pustej stajni, drżąc z zimna i strachu, z coraz bardziej pustym żołądkiem. Nie rozumiała, co się dzieje. Nikt nigdy o nią co prawda jakoś przesadnie nie dbał, przez całe swoje krótkie życie nie zaznała zbyt wiele miłości i czułości ze strony człowieka, ale zawsze ktoś jakieś jedzenie do miski rzucił, czasem po łebku pogłaskał. W stajni było kilka koni, wszędzie leżało mnóstwo słomy i siana, przyjemne ciepło biło od zwierząt.
Teraz nie było nikogo. Od kilku miesięcy.
Wybiegała czasem na wieś, gdzie wiejskie burki dzieliły się z nią jakimś małym kąskiem strawy, często jednak ludzie przeganiali ją ze swoich obejść.
Skończyła się wiosna, przeszło lato i jesień, dni zaczęły się niepokojąco skracać, a temperatura powietrza spadać.
Przyszedł moment, kiedy nie miała sił na dalszą walkę z okrutnym Losem. Położyła się w ciemnym kącie stajni, w którym najmniej hulały przeciągi i czekała na swojego Anioła Opiekuńczego, który zabierze ją w końcu do lepszego świata. Znajdowała się na styku obu krain, między jawą a snem.
Minęło kilka dni, Anioł ociągał się z przyjściem… Aż w końcu otworzyły się drzwi stajni, do środka wpadła smuga jasnego światła, a w tej smudze pojawiły się Anioły.
- Nareszcie… – westchnęła. – Nareszcie jesteście!
Anioły ujęły ją delikatnie, zawinęły w coś puchatego i zaniosły – nie, nie do nieba, zaniosły ją do ciepłego samochodu.
Pod wpływem ciepła i czułych głasków ocknęła się po chwili. Nagle przed noskiem pojawiło się coś, co ładnie pachniało i nadawało się do jedzenia! Anioły zachęciły ją do skosztowania, potem napoiły czystą wodą. A później jeden z nich usiadł za kierownicą i cała trójka opuściła to straszne miejsce.
Na dobre już oprzytomniała, ale strach i smutek jej nie opuszczał. Wciąż drżała z emocji, nie wiedząc, dokąd jedzie i czy za moment nie zostanie wyrzucona z samochodu.

Nic takiego się nie stało. Samochód w pewnej chwili zatrzymał się, do środka zajrzała Starsza Czarownica ze swoją córką – Młodą Czarownicą, ostrożnie chwyciły ją zawiniętą w kocyk i przeniosły do drugiego pojazdu. Tam też było ciepło i miło. Czule zagadując do niej, ciągle smutnej i wystraszonej, zajechały przed wysoki budynek. Czarownice wyciągnęły ją z samochodu, weszły do budynku i zatrzymały się przed drzwiami, które otworzyły się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Stanął w nich Młody Czarodziej. Zaprosił podróżniczki do środka – znów było ciepło i spokojnie. Odważyła się popatrzeć Młodemu Czarodziejowi w oczy, kiedy do niej miło przemówił.

Wtedy pojaśniało dookoła jeszcze bardziej, w powietrzu zamigotały złote gwiazdki i zrozumiała, że są dla siebie stworzeni. Że już tutaj zostanie. Na zawsze.
Młody Czarodziej i obie Czarownice jeszcze nie zdawali sobie z tego sprawy. Musiało minąć kilka dni, zanim to do nich dotarło. 
Młody Czarodziej został Panem Na Zawsze, Młoda Czarownica uszczęśliwiła kolejne psie biedy ze schroniska, zaś Starsza Czarownica zajęła się szukaniem domu dla kota Bonusa, a ona – zwana odtąd Fretą Garbo - mieszka z Panem Na Zawsze. Szczęśliwa i radosna, co widać na załączonym obrazku.







 Autorką bajki jest Lidia 

*********



Bajka o małej psince, która najpierw była Łatką, później Fretką, 
by na końcu stać się Fretą Garbo

Nie wiedziała, skąd się wzięła ani czyja była. Kiedyś myślała, że jest tych ludzi, którzy oporządzają konie, bo wołali na nią Łatka, wpuszczali ją czasem do stajni i karmili resztkami obiadu. I choć tymi resztkami za bardzo się najeść nie mogła, a w stajni zimą bardzo marzła, była zadowolona. Tak już jest, że gdy pies ma swoich ludzi, jest zadowolony. 

Któregoś roku, tuż przed nadejściem zimy, ludzie spakowali swój dobytek i wyjechali. A Łatka została. Oj, bardzo zły czas dla niej nastał. Drzwi stajni zamknięte, miseczka pusta – chłodno, głodno i żadnej ręki, która by po zmartwionym łebku pogłaskała. 

Mijał czas; do stajni zawitała pewna pani – zupełnie zwyczajna, ale na potrzeby naszej bajki nazwijmy ją Dobrą Wróżką. A nawet Dobrą Wróżką Nr 1, bo pojawią się tu jeszcze inne dobre wróżki. Zobaczyła ta wróżka biedną, zziębniętą Łatkę i serce jej się z żalu ścisnęło. Zaraz, natychmiast by nieszczęsną suczkę do domu wzięła, ale niestety jej wróżkowe życie tak było poukładane, że na pieska, nawet najmniejszego, miejsca w nim nie było.
Wróciła do domu i opowiedziała o losie Łatki swej przyjaciółce, Drugiej Dobrej Wróżce. Siadły obydwie i rozmyślały, co by tu zrobić. Wymyśliły, żeby ze sprawą Łatki pójść do Zaczarowanego Świata Internetu. A w tym Internecie to aż roi się od dobrych wróżek! Wszystkie one prowadzą blogi i właśnie na swych blogach zaczęły zdjęcia Łatki pokazywać i smutną jej historię opowiadać. 

Pewnego razu zobaczyła to Trzecia Dobra Wróżka, pokazała zdjęcie swemu mężowi  i postanowili serca i dom swój przed nią otworzyć. 

Tutaj bajka mogłaby się zakończyć na przykład takimi słowami: I wszyscy żyli razem długo i szczęśliwie, gdyby nie to, że pewne sprawy w życiu Trzeciej Wróżki (o których tu pisać nie ma potrzeby) tak się potoczyły, że choć bardzo o Łatce marzyła, już jej nawet nowe imię –  Fretka – nadała, przyjąć ją pod swój dach mogła dopiero za kilka miesięcy. A przecież  szła zima!

Zakotłowało się w całym Internecie, wszystkie dobre wróżki do klawiatur siadły, stuk, stuk, stukały w klawisze, i uradziły: Trzeba szukać dla Łatki, teraz już Fretki, domu tymczasowego. Znowu stuk, stuk, stukały w klawisze i na wielu blogach ukazało się dramatyczne wołanie: Kto da tymczas małej suczce?

Długo nie trwało, gdy odezwał się znajomy Trzeciej Dobrej Wróżki (pan całkiem zwykły, ale w naszej bajce nazwiemy go Dobrym Czarodziejem Tymczasem) i powiedział:  A co tam, wezmę ją na trochę. I wziął.

Tutaj znów bajka mogłaby się skończyć wzruszającym opisem, jak Fretka, po miłym pobycie u Dobrego Tymczasa, wreszcie do domu Trzeciej Dobrej Wróżki trafiła.  Ale bajka, jak raz się zaczęła, wcale się kończyć tak prędko nie zamierzała – przeciwnie, dopiero teraz zaczęła toczyć się na dobre.

Wsadził Dobry Czarodziej Tymczas malutką Fretkę za pazuchę, przyniósł do domu, posadził na łóżku i aż mu się serce ścisnęło, taka była ta psina malutka i chudziutka. I takimi smutnymi ślepkami ze strachem, ale i z nadzieją, na niego patrzyła...  
Patrzyła na niego, patrzyła, a on jej z uwagą się przyglądał i tak jakoś z tego patrzenia się stało, że Fretka w pana Tymczasa oczach piękniała i piękniała, a on sam  już się jej wcale straszny nie wydawał. 

Cudny czas teraz nastał! Dobry Czarodziej znosił Fretce przeróżne frykasy, a ona całymi dniami wylegiwała się w pościeli, nic nie robiła, tylko z każdym dniem piękniała  tak bardzo, że z Fretki zmieniła się w Fretę Garbo. I stało się to, czego co bystrzejsi czytelnicy domyślali się już dawno: Dobry Czarodziej Tymczas na zabój się w Frecie Garbo zakochał. A ona w nim. Ale zawisł nad ich miłością ponury cień przeznaczenia... Pamiętamy wszak, że u Dobrego Czarodzieja bawiła Freta Garbo tylko tymczasowo, a prawdziwe jej przeznaczenie czekało w domu Trzeciej Wróżki.

Bardzo się martwili. Fretka, choć pan Tymczas pocieszał ją ze wszystkich sił, zalewała się rzewnymi łzami i zużyła dwieście siedemdziesiąt osiem chusteczek do nosa, a i panu Tymczasowi zdarzało się dyskretnie w kątku oczy osuszać.

Któregoś wieczoru, gdy Freta Garbo płaczem znużona zasnęła w pięknej pościeli w gwiazdki i księżyce, Dobry Czarodziej popatrzył na nią rozkochanym wzrokiem i pomyślał:  No, jeśli ja tę śliczną niebogę oddam, to serce mi pęknie! A potem siadł i napisał długi list do Trzeciej Dobrej Wróżki. Opisał w nim, jak to Freta Garbo serce mu skradła, jak pokochali się nawzajem i jak bardzo oboje rozstania się boją. I zakończył słowami:  I teraz ja mojej Freci kochanej nigdy, przenigdy nikomu nie oddam!

List czym prędzej wysłał i bardzo się martwił, co też Trzecia Wróżka na to odpowie.  Trzecia Wróżka przeczytała list raz i bardzo się wzruszyła. Przeczytała raz drugi i wzruszyła się jeszcze bardziej. A  po trzecim czytaniu była już tak bardzo wzruszona, że natychmiast siadła przy biurku, wyjęła z szuflady śliczną, różową papeterię w kwiatki i zaczęła od słów: Drogi Dobry Czarodzieju Tymczasie, niniejszym, z nadzwyczajną przyjemnością, mianuję Cię Frety Garbo Panem na Zawsze...

No i teraz, po tylu trudach i niespodziewanych zwrotach akcji, dobiegła nasza bajka do  końca. A właściwie do kilku końców, bo trudno żeby się taka długa bajka miała zakończyć zaledwie jednym końcem.

Koniec pierwszy: Długo i uważnie czytał Pan na Zawsze list Dobrej Wróżki. Później przeczytał go Frecie Garbo, a jeszcze później po trzykroć przeczytali go razem. Potem List zawisł na honorowym miejscu nad łóżkiem, a oni żyli długo i szczęśliwie...

Koniec drugi:   Nie może być tak, żeby szczęście Frety Garbo i Pana na Zawsze oznaczało smutek Trzeciej Wróżki i jej męża. Miejsce przygotowane w ich domu dla Frety wkrótce zajęła więc inna piękna suczka, która otrzymała imię Frytka. Tym sposobem jeszcze jedno biedne, opuszczone zwierzę niespodziewanie dom szczęśliwy otrzymało.

Koniec trzeci: W każdej porządnej bajce (a w życiu również) nie tylko dobro nagrodzone, ale i zło powinno być ukarane. Dlatego wszystkie zwierzęta świata dowiedziały się, jak okrutnie postąpili z malutką psinką ci źli ludzie z początku bajki i postanowiły, że nigdy, przenigdy nie pozwolą im się pogłaskać. A każdy, kto choć raz zanurzył rękę w miękkiej psiej sierści lub pogłaskał mruczącego kota wie, że to kara bardzo sroga.



K o n i e c !

Autorką bajki jest Damakier


STYCZEŃ



Jak to z Bonusem było albo Sielanka

Dawno, dawno temu, w pewnym mieście na świat przyszedł czarny kotek. Ta maleńka, puchowa kulka dorastała w ciepłym, cudownym domku, pod opieką kochającej go mamusi i w towarzystwie swojego rodzeństwa.
Kocia mamusia bardzo dbała o swoje dzieci. Z oddaniem karmiła je, myła i uczyła. Kotki miały miękkie legowisko, towarzystwo do zabawy i swój Personel, czyli opiekunów ludzkich.
Na zabawie i nauce minęło kilka miesięcy. Kocie maluchy dorosły i ruszyły w daleki świat do nowych, wspaniałych domów. Z mamusią został tylko czarny, puszysty synek z wyłupiastymi oczkami. 

Pewnego dnia zobaczyła go Dobra Wróżka, zakochała się w nim i zabrała do swojego domu, w którym na nowego lokatora czekał Mąż Dobrej Wróżki. Czarny kotek z ufnością przytulił się do nowej opiekunki, mając nadzieję na nowy, dobry rozdział otwierający się w jego życiu. I tak też się stało. Dobra Wróżka nazwała go Bonus i zadbała, żeby niczego mu nie brakowało.

Żyli sobie szczęśliwie w trójkę, aż któregoś dnia do ich domu przybyła Mała Dziewczynka. Bonus zaakceptował nowego członka rodziny, zwłaszcza że choć na początku Mała Dziewczynka nie zwracała na niego większej uwagi, później stała się jego towarzyszką zabaw. Wiedziała, że Bonusa nie wolno ciągnąć za ogon czy wąsy, bo sprawiłoby mu to ból. Głaskała go więc delikatnie i przytulała do siebie tak, jak nauczyli ją tego rodzice.

Minęło kilkanaście miesięcy. Mała Dziewczynka zachorowała. Dzięki czarom Dobrej Wróżki i jej Pomocników dziecko wkrótce wyzdrowiało, ale choroba ponownie dała o sobie znać. Dobra Wróżka i jej Mąż szukali więc ratunku u innych Pomocników, którzy zrobili Małej Dziewczynce mnóstwo badań. Okazało się, że ich córeczka nie może przebywać w tych samych pomieszczeniach co Bonus. Co więcej, nie może przebywać z jakimkolwiek zwierzątkiem.

Zrozpaczeni rodzice Małej Dziewczynki postanowili poszukać Bonusowi najlepszego domu na świecie i kiedy nie mogli go sami znaleźć, Dobra Wróżka zwróciła się o pomoc do Starszej Czarownicy. Starsza Czarownica napisała listy do swoich koleżanek – innych czarownic. Listy włożyła do baloników, które związała sznurkami, następnie weszła na wzgórze i prosząc Wiatr o pomoc, wysłała wiadomość na wszystkie strony świata.

Balonikowy list dotarł do wielu miejsc, również do Trochę Tylko Młodszej Czarownicy, która po wielu latach chciała znów zaprosić jakiegoś kota do swojego domu. Bo co to za czarownica bez kota.
Starsza Czarownica bardzo mocno namawiała Trochę Tylko Młodszą Czarownicę, by ta zaopiekowała się Bonusem; czuła, że są dla siebie stworzeni. 

Okazało się, że miała rację. Bonus szybko przyzwyczaił się do nowego domu, z wzajemnością pokochał Trochę Tylko Młodszą Czarownicę i jej Męża i chociaż często wstaje bladym świtem i budzi swoimi skokami i harcami Personel, zawsze i niezmiennie zostaje mu to wybaczone. 

Kot wynagradza bowiem Personelowi swoje wczesne pobudki gotowością do obrony domu przed inwazją myszy, a co jeszcze ważniejsze – gotowością do mruczenia i przytulania się.

Jednym zdaniem - pełna sielanka. :)


Napisał personel Bonusa, czyli Lidka

**************



Bonus - Król Dżungli Pierwszy Jedyny i Ostatni


O tej godzinie mrok panował jeszcze nieprzenikniony. Z oddali słychać było tylko szum wiatru i powarkiwania dzikich zwierząt przemykających z rzadka pod oknami: bruuum, brrrum. Nasz bohater obudził się parę minut wcześniej. Poczuł jakże znajomą, okrutną pustość w swoim brzuchu, zaczął więc szykować się do pierwszego tego dnia polowania. Wiedział, że o tej porze jego ofiary głęboko śpią. Słyszał wyraźnie ich spokojne, niespodziewające się niczego oddechy. Młody, zwinny i gibki łowca przybrał pozycję ninja, prawie wtopił się w podłoże i począł bezszelestnie sunąć krok za krokiem w kierunku swoich zdobyczy. W ciemności morderczo lśniły tylko jego zielone oczy. Drapieżnik wciągnął nosem charakterystyczny zapach swoich przyszłych trofeów. Niedługo już pożegnają się ze swoim spokojnym snem. Przebudzenie będzie dotkliwe. Ha, ha, nie mają szans z tym właściwym im mizernym słuchem, śladowym węchem i nieumiejętnością maskowania zapachu. Wtem całkiem niespodziewanie jedna z ofiar poruszyła się! Myśliwy zastygł w pół kroku i z brzuchem przyklejonym do ziemi nasłuchiwał. Tuż przed nim trwało widowisko złożone z sapnięć i szelestów, jakiś cień przemieścił się na drugi bok, chrapnął, sapnął i znowu zamarł w bezruchu, oddychając miarowo. I wtedy targany głodem drapieżca zobaczył to! Wystawało spod płachty, pod którą schowały się jego ofiary. Było przerażające! Miało pięć małych trąb i jakby silną szczękę! W ciemności świeciło jakąś upiorną, bladą aurą. Zwinna czarna pantera - myśliwy, na którego inni wołali Bonus, ale on myślał o sobie tylko jak o Królu Dżungli Pierwszym Jedynym i Ostatnim, czując jak mu z głodu kiszki marsza grają (nie jadł bowiem już od pięciu godzin!), podjął odważną decyzję. Właśnie teraz zaatakuje pięciotrąbego potwora! Nie przerazi go ta blada szczęka lśniąca demonicznie w ciemności! Starannie przymierzył się do skoku i jednym idealnie pięknym wybiciem uniósł się w powietrze, by za ułamek sekundy osiągnąć swój cel i wbić ostre pazury w jedną z trąb!

Potwór wierzgnął jak oparzony, szybko spróbował ukryć się pod powierzchnią płachty, ale Król Dżungli Pierwszy Jedyny i Ostatni nie dał za wygraną. Zanurkował za nim z wyszczerzonymi, gotowymi do zanurzenia się w świeżym mięsie zębami i już, już miał zadać śmiertelny cios, gdy nagle...

- Rany boskie! - zawołał Chłop. - Lidka, zrób coś w końcu z tym kotem, przecież jest czwarta w nocy!

- Jeszcze się nie przyzwyczaiłeś? - wymruczała niemal przez sen Lidka. - Koteczek jest po prostu głodny - odwróciła się na drugi bok.

- Głodny, głodny, wciąż głodny! On nas kiedyś zje z tego urojonego głodu - pomstował Chłop, zwlekając się niechętnie z łóżka. Ciężko człapiąc, powędrował do kuchni, by napełnić miskę Bonusa.

Jestem wielki! - myślał Król Dżungli Pierwszy Jedyny i Ostatni, pałaszując swoją zdobycz. - Zawsze osiągam swój cel. Każde moje polowanie kończy się sukcesem. Jutro znów wytropię pięciotrąbego potwora, ale tym razem zakradnę się od zawietrznej i skoczę bardziej od góry, z większym impetem - w ten sposób odetnę mu drogę ucieczki! He, he, ale będzie piszczał - jak zarzynane zwierzę! A potem... hmmm, mniam, mniam...

I tak snując plany, Bonus wskoczył na łóżko, zwinął się w kłębek na kołdrze pomiędzy Lidką a Chłopem i zapadł w dobry, spełniony sen. Najedzony i szczęśliwy władca swojego królestwa. Bonus - Król Dżungli Pierwszy Jedyny i Ostatni.


Autorką bajki jest Gosianka.

22 komentarze:

  1. budująca opowieść i urocza bajka!
    Lidko, dziewczyny, jak się Was trochę przyciśnie, to takie talenty z Was wychodzą.. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Gosia ma siłę przekonywania ;)
    Dzisiaj pobudka o czwartej rano i przeglądanie zawartości stolika nocnego ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wspaniała bajka! Lidio - super!
    Te talenty są zaraźliwe jakieś, i dobrze!

    OdpowiedzUsuń
  4. Damokier - widzę, że nasz myśli szły w podobnym kierunku - Dobrych Wróżek i Czarodziejów :))
    I każda bajka ma trzy końce ;) co jeden to lepszy :))
    Ja też bajkę o Frecie napisałam ...

    OdpowiedzUsuń
  5. Przeczytałam jeszcze raz i jeszcze raz się wzruszyłam :)))

    OdpowiedzUsuń
  6. Przypomniało mi się, że to czas na bajkę, więc zajrzałam i jest! Śliczna, Gosiu! Bardzo, kurczę, brakuje mi słowa... no, taka co głaszcze serce :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Bajka śliczna, ale czemu nie ma autorki pod bajką? A Ninka skąd wiedziała?
    A nie mogłabyś, Gosiu, tak wykombinować, żeby można pisać komentarze pod każdą bajką?
    Tak pomarudziwszy zrzędząc i pozrzędziwszy marudząc, powtórzę raz jeszcze: bajka śliczna! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mogę, Damo. Musiałabym robić zakładki osobno dla każdej bajki.

      Usuń
  8. Mało, że bajka, to jeszcze wiersz i piosenka - trzy w jednym! Super!

    OdpowiedzUsuń
  9. Odpowiedzi
    1. Jesteś najwierniejszą czytelniczką bajek. :) Dziękuję!

      Usuń
  10. Ja też się uśmiałam, fajowska bajka, biedny Padre :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Bardzo fajna majowa bajeczka, Gosiu!Ciekawy pomysł! Usmiechnęłam się wyobrażając sobie biednego Padre, który ma omamy!:-))

    OdpowiedzUsuń
  12. Opowieść Graszki bardzo mi się podoba. To był świetny pomysł, żeby każda bajkę pisał ktoś inny, a najlepiej personel zwierzaka. Dzięki temu te wszystkie opowieści są oryginalne i szczere. Będzie piękna antologia:)))

    OdpowiedzUsuń

Fajnie, że piszesz! Dobrej energii nigdy za wiele. :)

Dobra zasada: nie czytasz - nie komentuj.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...